Biebrzański Park Narodowy sierpień 2008

 

Na początku myśleliśmy o kajaku, ale doszliśmy do wniosku, że jest mało pakowny i wywrotny co w naszej sytuacji oznaczałoby nurkowanie w poszukiwaniu plecaka ze sprzętem fotograficznym.

Wybór padł na tratwę. Ogromna drewniana konstrukcja potrafiąca pomieścić osiem osób. Wyposażona w jadalnie i sypialnie. Brzmi nieźle . Czemu nie spróbować. Cena zachęcająca 290 zł.

Data wyjazdu zbliża się nieuchronnie. Pakujemy sprzęt, walizki z ubraniami , zgrzewkę napoi energetycznych i strażników puszczy białowieskiej, którzy mają coś wspólnego z miastem Koziołków.

Godzinę wyjazdu ustaliliśmy na 2:00 20.08.2008

Tej nocy nie mogłem spać. Mimo iż jechaliśmy samochodem Roberta to zamiast ściskać się z morfeuszem, liczyłem walizki. Nie mogłem się doczekać.

2:10 Robert o dziwo w dobrym humorze pojawił się pod moim domem.:-)

Szybkie pakowanie walizek do bagażnika i ruszamy. Rawa Mazowiecka, Warszawa, Wyszków, Ostrów Mazowiecka, Zambrów, Trzcianne, Dobarz.

Droga zajęła nam 5 godzin. 7 rano, a my meldujemy się pod ulubionym dworem, gdzie cisza i spokój jest bezpłatna.

8 rano. Otrzymujemy klucz do największego pokoju we dworze Smile i schodzimy na długo oczekiwane śniadanie (nie ukrywam, że całą drogę o nim myślałem).

Przebieramy się i opracowujemy plan dnia.

Najpierw droga do Osowca siedziby Parku Narodowego gdzie nabywamy kubki z mapą BPN, której zapomniał Robert Smile, następnie droga do Sztabina na tratwę.

Pierwotnie mieliśmy wypłynąć w sobotę, ale piękna pogoda jaką przywitało nas województwo od kiełbasy skłoniła nas do skorygowania planów.

Sztabin. Ostatni dom po prawej stronie na ul. Polnej 50.

Na przeciwko, duże drewniane tratwy , a na podwórku kajaki.

Widok tratw delikatnie mnie zszokował, dawno nie braliśmy udziału w spływach, a kubatura tratw nie napawała mnie optymizmem. Zresztą Robert też nie wyglądał na szczęśliwego.

Trudno. Decyzja została podjęta. Trzy jagiełki wpłacone. Nie ma odwrotu.

Wybraliśmy odcinek z Jagłowa do Jesionowa ok. 6 km.

Transport tratwy samochodem na miejsce, grill, brykiet, rozpałka w wyposażeniu oraz 50 litrowa bańka z czysta wodą, której akurat nie było oraz? wychodek.

Ten ostatni element to nic innego jak drewniany kwadrat z nogami, który stawia się na jednym z końców tratwy i na nim siada. Śmieszne jeżeli nie trzeba go używać. Ja musiałem L

Wodowanie tratwy dzięki Bogu obyło się bez naszego udziału, cóż z tego skoro po krótkiej inwentaryzacji, Panowie właściciele sobie pojechali.

Zaczął się dramat.

Wyobraźcie sobie?.

Dwóch facetów mających większe doświadczenie w stukaniu w klawiatrę niż w wiosłowaniu.

Najlepiej zobrazuje to przykład. Godzina za nami, a my 100 metrów od startu.

Oczywiście wcale nie zależało nam na szybkim płynięciu, wiadomo zdjęcia fauny i flory itp. J ale powiedzmy sobie szczerze?. Początki były cholernie ciężkie, robiłem wszystko by choć na moment nie wiosłować. Znaleźliśmy mnóstwo ciekawych ujęć, dwa razy zgłodniałem, byłem spragniony i musiałem sprawdzić temperaturę wody w rzece.

Pogoda piękna, a my czekamy na niezwykłe okazy ptactwa, o których wspominała właścicielka sprzętu wodnego. Płyniemy powoli, bezszelestnie, torem przypominającym człowieka wracającego z zabawy sylwestrowej.

Nadal nic.

Powoli zaczyna się ściemniać. Postanawiamy zatrzymać środek transportu rzecznego i szykować kolacje. Rozpalamy grilla. Dzięki temu że wcześniej zrobiliśmy zakupy nie musieliśmy jeść gorącego brykietu. Jaka ulga. Kiełbaska, Kaszanka, ogóreczki, po trudzie wiosłowania smakowały wyśmienicie.

Zapadła noc.

Płyniemy dalej. Nie widać domostw, ciemno, cicho, płoszone bobry wpadające do wody.

Ten dźwięk zapamiętam długo? przyprawiał mnie o zawał serca.

Przez chwile miałem wrażenie że nie wrócę do domu, a komunikat Roberta o tym że nie umie pływać znacznie poprawił mi humor? L

Kto płynie w nocy na ogromnej tratwie nie widząc gdzie zmierza.

Odpowiedz nie jest wcale taka oczywista. Chcieliśmy zadokować tratwę ale nie było gdzie.

Rzeka głęboka na 6 metrów. Oczywiście można wbić cumę w ziemię na tzw. Poboczu ,ale ono zwyczajnie nie istnieje.

Wzdłuż rzeki rośnie trzcina, która zapada się gdy chcemy coś doń przymocować.

Dopiero kilkadziesiąt minut później znaleźliśmy jakąś tabliczkę?. Uznaliśmy, że jest tam kawałek ziemi do której będzie można przytwierdzić tratwę. Nie myliliśmy się.

Na Tablicy był napis "Teren Prywatny - Zakaz biwakowania" i jakieś małe literki, których nie udało się odczytać.

Zmęczeni, ale szczęśliwi przystąpiliśmy do dokowania tratwy. Udało się. Przytwierdziłem tratwę do ziemi, pozostało tylko wejść na nią z powrotem.

Stosunkowo prosta rzecz okazała się brzemienna w skutkach dla moich spodni.

Krok za dużo i poczułem jak zimna woda pierze mi ubrania. Dzięki Bogu nie zgubiłem klapek.

Po tej przygodzie Robert poszedł sprawdzić czy przez noc nie znajdziemy się w Augustowie Wink, a mnie pozostało liczenie baranów.:-). Doliczyłem do dwóch.

Już dawno nie zasypiałem tak wyczerpany, Robertowi też się udzieliło.

5 rano. Pobudka. Udało się odczytać tabliczkę.

Małymi literami było napisane - "Groźne Psy"

Jak będziecie mieli wybór. Nie dokujcie tam, my mieliśmy szczęście Smile

Po szybkim śniadaniu, na które składały się zimne zakąski z grilla, rozpoczęliśmy dalszą drogę.

Mapa którą udało się szybko przeanalizować wskazywała 2 km do celu.

Biebrza przywitała nas wspaniałą pogodą o poranku....

Śpiew ptaków, bajeczny wschód słońca oraz mgła..... delikatnie całująca wodę........

Poranek, sprawił że zapomnieliśmy o trudzie prowadzenia tratwy i zaczęliśmy upajać się pięknym widokiem, który na zawsze pozostanie w naszej pamięci....

.

.

Wreszcie... Dostrzegliśmy miejsce gdzie mieliśmy czekać na transport tratwy i tratwiarzy do ośrodka.

Był tylko jeden problem. Woda. Jak błyskawicznie ocenił Robert poziom rzeki na trasie do brzegu był delikatnie mówiąc nie zadowalający.... Trzeba wtedy rozpędzić tratwę, i starać się dopłynąć do brzegu :-)

Za 25 razem się udaje.... :-)

 

 

 

 

 

Po upływie 30 minut ,przyjechał samochód, który zabrał nas oraz nasz drewniany pływający domek do bazy a my udaliśmy się na miejsce spoczynku do Dworu Dobarz.

Udało nam się jeszcze zjeść śniadanie, po którym oddaliśmy się w objęcia morfeusza, aż do południa.

Po przebudzeniu zjedliśmy obiad i pozostaliśmy na terenie dworu, siedząc w ogrodzie, oglądając zdjęcia i planując ostatni dzień naszej wyprawy.

Postanowiliśmy odwiedzić, Króla Biebrzy.

Kiedy usłyszeliśmy słowa Król Biebrzy po raz pierwszy, myśleliśmy że to jakaś legenda bądź potwór, którym straszy się dzieciaki które nie chcą spać. Laughing

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pewien gajowy opowiedział nam jego historie:

Warszawiak - właściciel antykwariatu, człowiek inteligentny i oczytany, ale znudzony życiem, kupuje ogromne połacie ziemi w miejscowości Budy. Mieszka w domu, który zamienił na muzeum, ma mnóstwo zwierząt a jego ogromne gospodarstwo odwiedzają turyści z kraju i zagranicy...

Dwór Dobarz w którym mieszkaliśmy, leży w odległości ok. 1 km od drogi, która prowadzi do posiadłości Króla Biebrzy. Jako że był to ostatni punkt naszej wycieczki, postanowiliśmy jechać samochodem.

Z ,,carskiej drogi" skręciliśmy w lewo. Droga prowadziła przez las. To dobrze - pomyślałem.

Kolejna okazja żeby upolować okiem obiektywu wszechobecne zwierzęta i ptaki - jednak droga szybko się skończyła, a my stanęliśmy u progu posiadłości Króla

Zaparkowaliśmy na małym parkingu, a w oczy rzuciły nam się 2 drewniane chaty stojące od siebie w znacznej odległości, oraz drewniana zagroda.

Wyszedł do nas, podał nam rękę i rozpoczęliśmy zwiedzanie, a on z cierpliwością i uwagą słuchał naszych pytań.

 

 

Jako człowiek, zaskoczył mnie ( myślę że Roberta także ) Bardzo przystępny, ciepły, otwarty a przy tym posiadający dużą wiedzę. Zaprosił nas do domu na herbatę - a My z radością przyjęliśmy zaproszenie.

Kiedy przekroczyłem próg domu, byłem zdumiony - Ani Ja ani Robert nigdy nie poznaliśmy takiej osoby i nie byliśmy w takim domu.... Wszechobecne rzeźby, malowidła, obrazy, kolekcje staroci, monety, pocztówki, meble........ wszystko co kojarzy się z Biebrzą i duuużo więcej.

Opowiadał nam o Warszawie, antykwariacie, o miłości do Biebrzy, o jej ciekawych zakątkach o artystach którzy go odwiedzają szukając natchnienia, a także radził gdzie można spotkać wilki ( chcieliśmy zrobić im zdjęcia J ).

Po wypiciu herbaty, Król Biebrzy zabrał nas do domu nieopodal... a tam,

Kolejne muzeum.......

Wyobraźcie sobie, jak można mieszkać w muzeum.......... Jak widać można

W gospodarstwie szczególne miejsce zajmują zwierzęta, które mają do dyspozycji ogromny teren i oddanego gospodarza (trzeba to zobaczyć - polecam), a także goście Smile.

Można tu z powodzeniem zrobić biwak , zorganizować zawody w łucznictwie, a także posłuchać opowieści przy ognisku.

Niestety czas mija nieubłaganie, wszystkiego co zobaczyliśmy u Króla nie da się opisać, pozostaje mi tylko polecić to miejsce, jako pilny przystanek na mapie turystycznej Polski.

Wyjeżdżając z miejscowości Budy, obiecaliśmy sobie, że wrócimy żeby jeszcze raz poczuć niepowtarzalny klimat niezwykłego miejsca i niezwykłego człowieka - Jedynego w swoim rodzaju...